KWIECIEŃ 2019

GR. „LIMONKI”

I TYDZIEŃ „ŻYCIE NA WSI”

II TYDZIEŃ „KWIECIEŃ PLECIEŃ”

III TYDZIEŃ „WIELKANOC”

IV TYDZIEŃ „EKOLOGIA”

V TYDZIEŃ „MAJOWE ŚWIĘTA”

WIERSZE:

A. GIEŁCZYŃSKA „SPACER ZWIERZĄT”

Polną ścieżką piesek biegnie.

Szczeka głośno w nocy, we dnie.

Nie potrafi iść powoli, on zabawy, harce woli.

Kaczka wesolutko człapie, już po chwili wodą chlapie.

Krótkimi rusza nóżkami, pływa razem z kaczętami.

Źrebak raźno podskakuje, zmęczenia wcale nie czuje.

Hen, przed siebie dalej gna, pędzi szybko niczym wiatr!

Kurka nie śpieszy się wcale, ziaren szuka wytrwale.

Spacerkiem się delektuje i na robaczki poluje.

Idzie dróżką kotek mały, czarne wąsy, ogon biały.

Delikatnie łapki stawia, cichuteńko się zakrada.

A. GIEŁCZYŃSKA „GOSPODARZ”

W gospodarstwie pracy wiele

w dzień powszedni i w niedzielę.

Pan gospodarz już od rana przerzuca duży stóg siana.

Karmi kury, owce, krowę,

w wiadrach dla nich nosi wodę.

Traktorem wyjeżdża w pole, słomę układa w stodole.

A gdy już skończona praca,zmęczony do domu wraca.

A. GIEŁCZYŃSKA „KAPELUSZ GOSPODARZA”

Kapelusz gospodarza mam i zaraz ci go dam.

Zgadujcie, chłopcy, zgadujcie, dziewczyny,

jakie to zwierzę – wnet je usłyszymy!

A. ŁAKOMIAK „CEBULA I SZCZYPIOR”

Żalił się szczypior (głośno, na dworze),
że żyć z cebulą dłużej nie może.

– Mam tego dosyć, dzisiaj odchodzę!
Razem nie będzie nam już po drodze.
Pójdę do rzepy, naszej sąsiadki
(tylko spakuję swoje manatki).

– Och, ty szczypiorku, wątły łobuzie…
jeśli odejdziesz, to będziesz tchórzem.
Czy ty naprawdę jesteś tak ślepy,
chcesz mnie zostawić dla jakiejś rzepy?

Co ty w niej widzisz? Pomyśl troszeczkę.
Wygląda, jakby połknęła beczkę,
ciągle się śmieje i jest niemądra;
zarozumiała, smarkata flądra.

Myśli, że jest z niej wielka królewna,
a to roślina zwykła, pastewna.
Ja, co innego, piękna cebula…
mogłabym zostać i żoną króla.

Było nam pięknie (prawie jak w raju).
Wszyscy wokoło cię podziwiają,
wyrosłeś dumny na mojej głowie.
Czemu więc zmykasz? Proszę, odpowiedz.

– Ależ złociutka, po co te żale?
Nie pasujemy do siebie wcale!
Za naszą przyjaźń zbyt wiele płacę,
gdyż ja przez ciebie codziennie płaczę.

Długo nie trwały jednak te waśnie,
dochodzą słuchy, że wrócił właśnie.
Już nie odejdzie(miejmy nadzieję),
bo bez cebuli, on nie istnieje.

D. NIEMIEC „PRZED WIELKANOCĄ”

Pomogę mamie upiec makowca i babkę.

Na babkę, wiem to na pewno, zawsze babcia ma chrapkę.

Ale najpierw trzeba święconkę przygotować.

Może tym razem czekoladowe jajka tam schować?

Babcia jak co roku tłumaczy:

Do koszyka pisanki wędrują, zobaczysz, wnusiu,

na śniadanie na pewno ci posmakują”.

Dziadek z tatą też dzielnie mamie pomagają,

od samego rana dom cały sprzątają.

Fajnie jest być razem, szykować wszystko na święta,

pomagać sobie, kochać bliskich, o

wielkanocnych zwyczajach pamiętać.

K. WIERZBOWSKA „NA WIELKANOCNYM STOLE”

Stoją na stole baby lukrowane,

a między nimi cukrowy baranek.

Pobekuje cicho, stuka kopytkami,

bo chciałby dosięgnąć miski z pisankami.

Ale dwa kurczaki tej miski pilnują,

na baranka groźnie oba popiskują.

Więc mały baranek w inną stronę zmierza.

Kilka listków rzeżuchy uskubał z talerza.

CZ. JANCZARSKI „BARWY OJCZYSTE”

Barwy ojczyste Czesław Janczarski

Powiewa flaga, gdy wiatr się zerwie.

A na tej fladze biel jest i czerwień.

Czerwień to miłość, biel – serce czyste.

Piękne są nasze barwy ojczyste.

OPOWIADANIA:

A. BOROWIECKA „KTO JEST NAJWAŻNIEJSZY”

Gdzieś na uboczu, wśród owocowych sadów i malowniczych pól stał mały dom z drewnianym płotem, warzywnym ogródkiem i niewielką zagrodą dla zwierząt. I mogłoby się wydawać, że czas płynie tam miło i spokojnie, aż tu nagle któregoś ranka na podwórku wybuchła straszna awantura. A wszystko zaczęło się od tego, że pies przegonił w nocy lisa, który cichaczem próbował zakraść się do kurnika. Był tak dumny ze swojego czynu, że zaraz po śniadaniu wlazł na swoją budę, by wszyscy lepiej go widzieli, i zaszczekał: – To ja tu jestem najważniejszy! Od razu zrobiło się wielkie zbiegowisko i wszystkie zwierzęta z miejsca zaczęły się kłócić. – To ci dopiero! – zaryczała krowa. – A kto codziennie na śniadanie pije moje mleko? – zapytała, patrząc wymownie na psa. – To ja tu jestem najważniejsza! – dodała dla jasności. I po chwili okazało się, że każdy jest najważniejszy, a tak przecież być nie może. Zwierzęta zgodziły się tylko co do jednego, że trzeba raz na zawsze ustalić, kto jest najważniejszy i że nikt lepiej tego nie osądzi niż jaskółka, gdyż ona na wszystko patrzy z góry, a z góry wszystko widać lepiej. Pobiegły więc pod stodołę, gdzie przy wejściu wisiało gniazdo przypominające małą glinianą miseczkę i tam zaczęły się przekrzykiwać. – Co tu się dzieje? – zaćwierkała jaskółka, wyglądając z gniazda. A gdy wreszcie dowiedziała się, o co chodzi, postanowiła wysłuchać wszystkich po kolei. Najpierw zaszczekał pies: – Hau, hau, tak głośno szczekałem, że za lisem aż się kurzyło! Gdyby nie ja, wszystkie kury zjadłby ze smakiem. Więc to ja tu jestem najważniejszy! – pochwalił się pies. Jaskółka przyznała mu rację, lecz zaraz dodała: – Ale gdyby gospodarz nie przynosił ci codziennie jedzenia i nie dbał o ciebie, nie miałbyś siły, by pogonić lisa do lasu. – No właśnie! – wtrąciła się krowa. – A cóż innego dostajesz na śniadanie, jak nie moje mleko? – spytała jeszcze raz. – Więc to ja jestem tu najważniejsza! – dodała pewnym siebie głosem. Jaskółka i jej przyznała rację, lecz po chwili powiedziała: – Ale gdyby gospodarz nie wyprowadzał cię codziennie na łąkę i nie znajdował dla ciebie soczystej trawy, nie dawałabyś mleka. – Otóż to! – zabeczały owce. – To my jesteśmy najważniejsze, bo dzięki naszej wełnie gospodarz ma ciepłe ubranie i może chodzić z tobą na łąkę – przechwalały się całym stadem. – Lecz i o was gospodarz dba tak samo jak o inne zwierzęta i daje wam dach nad głową. Dzięki temu macie ciepłe i lśniące runo – stwierdziła jaskółka. Na to do rozmowy włączyły się kury i powiedziały, że tak naprawdę to one są najważniejsze, bo znoszą jajka i dzięki temu gospodarz nie chodzi głodny. Kot powiedział zaś, że gdyby nie on, to myszy zjadłyby całe zboże i nie byłoby z czego upiec chleba. Lecz i na te przechwałki jaskółka miała tylko jedną odpowiedź: – Gdyby gospodarz nie dawał wam jeść i nie dbał o was, nie mogłybyście robić tego, co do was należy. W końcu wszystkie spory umilkły i zwierzęta pokiwały łebkami, przyznając jaskółce rację. Po czym rozeszły się do swoich spraw. A pod wieczór, gdy gospodarz prowadził krowę z łąki do ciepłej obory, łaciatka polizała z sympatią jego troskliwą dłoń szorstkim językiem. Pies, kiedy dostał pod nos pełną miskę, zamachał serdecznie ogonem. A kot łasił się do nogawki gospodarza, gdy ten wyniósł mu miseczkę mleka przed dom. I nikt już nie miał wątpliwości, kto tu jest najważniejszy, gdy kochane ręce gospodarza głaskały zwierzęta troskliwie na dobranoc.

E. STADTMULLER „KWIECIEŃ PLECIEŃ”

Ojej, twój miś! – zawołał Kuba. – Po wczorajszym praniu już wcale nie jest biały, tylko szarobury. Przerażona Ania wyskoczyła z łóżka jak sprężynka i popędziła na balkon. Ufff… co za ulga. Jej ukochany ŚNIEŻNOBIAŁY miś wisiał sobie spokojnie na sznurku. – Prima aprilis, uważaj, bo się pomylisz! – chichotał Kuba, zachwycony własnym dowcipem. – Trzeba znać się na żartach! A dzisiaj jest 1 kwietnia, czyli dzień żartownisiów. – Weź parasol, bo po południu ma padać – zdążyła zawołać mama, ale jej starszy synek ani trochę się tym nie przejął. – Nabierać to my, ale nie nas! – odkrzyknął wesoło i już go nie było. Mama tylko westchnęła i spokojnie spakowała do reklamówki kolorowe kaloszki i pelerynkę dla młodszej córeczki. – Po co nam to? – zdziwiła się Ania. – Popatrz, jak ładnie świeci słonko. Wczoraj zakwitły pierwsze tulipany w ogródku babci, a dzika jabłonka przed blokiem ma już pączki i też niedługo zakwitnie. Pani w przedszkolu powiedziała, że kwiecień dostał swoje imię w prezencie od kwiatów. – To prawda. – Uśmiechnęła się mama. – Ale uwierz mi, że i on lubi sobie czasem trochę pożartować. Przysłowie mówi o nim: Kwiecień, plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata. Dlatego piękny poranek nie oznacza jeszcze, że taki będzie cały dzień. Ania nie wyglądała na przekonaną, ale reklamówkę z kaloszkami i peleryną zabrała ze sobą do przedszkola – ot tak, na wszelki wypadek. Po zajęciach grupa starszaków wybrała się na spacer do parku. Było tak ciepło, że dziewczynki rozsiadły się na ławeczkach i wystawiały noski do słońca, bawiąc się, że są na plaży. Niestety w pewnej chwili niebo zasnuło się chmurami. – Wracamy do przedszkola – zarządziła natychmiast pani. – I to szybko, bo ten wiatr mi się nie podoba. Ledwie weszli do szatni, lunęło jak z cebra. Na dodatek zrobiło się okropnie zimno. – Ten, kto już schował ciepłe czapki i rękawiczki, chyba będzie musiał się z nimi przeprosić. – Pokiwała głową pani, zakładając sweter. – Nie zdziwiłabym się, gdyby jutrzejszy ranek powitał nas… śniegiem. – To chyba niemożliwe – zdziwił się Bartuś, ale Ola już po chwili wypatrzyła pośród kropelek deszczu pojedyncze białe płatki. – O rany, a ja w adidasach – zmartwił się Wojtuś. – Mnie mama spakowała kaloszki – pochwaliła się Ania. – I bardzo rozsądnie – stwierdziła pani. Gdy Ania z mamą wróciły do domu, Kuba już tam był. Owinięty w ciepły koc popijał herbatę z malinami, żeby się nie przeziębić. Jego przemoczona do suchej nitki cienka kurteczka suszyła się na kaloryferze. – Nie rozumiem, co się wyprawia z tą pogodą – mruknął, sięgając po chusteczkę do nosa. – Kwiecień już taki jest. – Wzruszyła ramionami Ania. – Czasem lubi pożartować, a sam mówiłeś, że trzeba znać się na żartach…

A. BOROWIECKA „CAŁY ŚWIAT W PREZENCIE”

Witek i Ala to zupełnie wyjątkowe rodzeństwo. Nie dość, że urodzili się tego samego dnia i kropka w kropkę byli do siebie podobni, to nawet marzenia mieli takie same. Oboje chcieli zwiedzić cały świat. Jakby tego wszystkiego było mało, bliźniaki urodziły się w pierwszy dzień lata. A wakacje to przecież czas, gdy wycieczki udają się najlepiej. Zanim jednak zaczęli pakować walizki nad morze, czekała ich jeszcze jedna niespodzianka – urodzinowe przyjęcie, na które zaproszeni byli dziadek Kazik i ciocia Marcelina. Wituś już rano włożył swoją ulubioną koszulkę z rowerem i co pięć minut patrzył na zegarek, aAlusia zaraz po śniadaniu zajęła strategiczną pozycję przy oknie, by wypatrywać gości. – Idą, idą! – krzyknęła wreszcie punkt druga, widząc pod klatką dziadka kroczącego dziarsko w odświętnym garniturze i ciocię Marcelinę drobiącą kroczki, by za nim nadążyć. Oboje tachali pod pachami ogromne pudełka zapakowane w ozdobny papier. – Niosą dla nas prezenty! – zawołała Alusia, pędząc od okna do drzwi. Nim dziadek z ciocią zdążyli wdrapać się na czwarte piętro, mama rzuciła jeszcze bliźniakom wymowne spojrzenie i przypomniała, że to nie prezenty są najważniejsze, ale goście. Lecz goście stali już w progu wraz z prezentami i śpiewali bliźniakom tubalne „Sto lat”. Potem były całusy i serdeczności, tort i dmuchanie świeczek, i wreszcie nadszedł czas na prezenty. – Oby nigdy nie zabrakło wam ciekawości pierwszych odkrywców! – rzekł dziadek Kazik, wręczając bliźniakom urodzinowy upominek. Były nim wspaniały globus na drewnianej nóżce i ogromna mapa świata, którą można było zawiesić na ścianie. – To najpiękniejszy prezent, jaki moglibyśmy sobie wymarzyć – oznajmił Wituś, kręcąc globem. A wielkie kontynenty, morza i oceany zawirowały jak na karuzeli. – A dlaczego globus jest kulisty, a mapa płaska? – spytała dociekliwie Alusia. Tata pierwszy wyrwał się z odpowiedzią i gdyby to była szkoła, a nie urodziny, z pewnością dostałby piątkę: – Na globusie – powiedział – powierzchnia Ziemi jest odwzorowana dokładnie tak jak na kuli ziemskiej, czyli wszystkie lądy i oceany znajdują się w tym samym miejscu co w rzeczywistości, tyle że są dużo, dużo mniejsze niż naprawdę. Mapy zaś są płaskie, aby łatwiej było zmierzyć odległości między różnymi miejscami na świecie. – I są bardziej dokładne – wtrącił się dziadziuś – bo co to musiałby być za ogromniasty globus, żeby móc na nim dojrzeć wszystkie małe wysepki poukrywane na oceanach. – Albo wszystkie wulkany! – wykrzyknęła ciocia Marcelina, pokazując na mapie jeden z nich. Nie był to jednak koniec niespodzianek, gdyż w kolejce do odpakowania czekał jeszcze jeden prezent. Ciocia Marcelina kupiła bliźniakom przepiękny atlas świata. Każda jego strona odkrywała przed dziećmi niezwykłe krajobrazy. Były tam las podzwrotnikowy i amazońska dżungla, piaszczysta pustynia i najwyższe góry świata, ogromny lądolód, a nawet głębiny oceanu, skrywające przed ludzkim okiem niejedną tajemnicę. I wtedy zabawa rozkręciła się na dobre, bo każdy po kolei wybierał w atlasie swoje ulubione miejsce na świecie, po czym musiał znaleźć je na globusie i pokazać na mapie, jak daleko jest to od domu. Wituś wybrał meksykańskie prerie, gdyż rosły tam olbrzymie kaktusy. Musiał więc przeskoczyć przez ocean na drugi koniec świata. Alusia z kolei zachwyciła się Australią, gdyż tam występują najpiękniejsze motyle. Dziadek wybrał Nepal i ośnieżone himalajskie szczyty, a ciocia Marcelina – Islandię, z miłości do lodowców i wulkanów. To były niezapomniane urodziny. Nie mogło być inaczej, skoro bliźniaki dostały cały świat w prezencie.

PIOSENKI:

A.BOMBA, M. KONARSKI „WIELKANOCNE ZAJĄCZKI”

Jak dobrze być zajączkiem,

z koszyczkiem iść na łączkę.

I szukać wśród sasanek

malowanych pisanek.

Ref. Wielkanocny koszyczek, X2

pełen wiary i życzeń.

Nasycony radością

i wzajemną miłością.

Jak dobrze być zajączkiem,

z koszyczkiem iść na łączkę.

I razem z rodzicami

weselić się świętami.

Ref. Wielkanocny koszyczek… x2

N. ŁASOCHA „STWORY-GŁODOMORY”

Przy ulicy, na chodniku zamieszkały stwory.

Każdy w innym był kolorze, każdy brzuch miał spory.

Gdy je czasem głód dopadał i były w potrzebie,

to pod nosem wieczorami mruczały do siebie.

Mamy dziś apetyt wielki

na papiery i butelki,

na metale i plastiki

oraz na szklane słoiki.

Śpiesząc co dzień do swej pracy,ludzie je mijali.

I o segregacji śmieci wciąż zapominali.

Aż tu kiedyś przedszkolaki, gdy w ogrodzie były,

coś dziwnego usłyszały, a to stwory wyły.

Mamy dziś apetyt wielki

na papiery i butelki,

na metale i plastiki

oraz na szklane słoiki.

Szybko się zorientowały rezolutne dzieci,

że te stwory-głodomory uwielbiają śmieci.

Od tej pory przedszkolaki śmieci sortowały

i karmiły głodne stwory, kiedy te śpiewały.

Mamy dziś apetyt wielki

na papiery i butelki,

na metale i plastiki

oraz na szklane słoiki.